Podczas pięciodniowego pobytu w Fundacji laureatka pracowała nad redakcją tomu i przygotowaniem go do druku pod opieką tutora. Tutorem był uznany literat Piotr Wiktor Lorkowski.
Justyna Machałowska W roku 2009 zebrała swoje wiersze w debiut zatytułowany “Uda, na których śpią psy”. Zaś w swojej w swojej twórczości sztuki łączy sztuki wizualne oraz mowę wiązaną.
Konkursowy tom “Nagie drzewa pod gołym niebem” wydaje się odbiciem tego połączenia, bo jej wiersze przypominają japońskie rysunki tuszem – oszczędne, jak gdyby monochromatyczne, o wyrazistym konturze. Choć niby formalnie skromne, potrafią opisać całe bogactwo emocji – obecnych oraz tych, które zasłużyły na najlepszą, najbardziej wdzięczną pamięć. Bo tekstowe “ja” bez najmniejszego skrępowania wskazuje na to, że u jego początku stoi namiętna miłość rodziców, których “uściski/ oddech/ słowa/ […] stały się ciałem” (“początek”). Skojarzeń z pierwszym zdaniem “Ewangelii Janowej” nie da się tu pominąć. Nie jest to zresztą jedyny w tym tomie motyw religijny. Zapewne przyjdzie nam do nich powrócić. Tymczasem zauważmy, że jednym z ważniejszych tematów tego zbioru jest dziedziczenie, nie tylko duchowe. W pierwszym rzędzie – fizyczne, cielesne, postrzegane jako kontynuacja obecnego lub zamkniętego już życiorysu poprzedników, zwłaszcza, że ci pozostawili w spadku coś, co wypadałoby chyba określić jako kapitał emocjonalny, a co podobnie jak pokarm matki, syci serce. Zaspokaja łaknienie. “Łaknienie” to jedno z kluczowych w tej poezji słów. Podobnie jak “czułość” będąca na owo łaknienie naturalną odpowiedzią. Pragnie jej każde żywe istnienie. Przekłada się ona nie tylko na emocjonalną stronę tych wierszy, ale także na wyobraźnię religijną, kształtowaną także przez ikonografię. Najciekawszym chyba tego przykładem byłby chyba wiersz “Zwiastowanie”, gdzie Bóg objawia się na ekranie utrasonografu. Samo zaś macierzyństwo jawi się jako udzielona przez Stwórcę kosmiczna moc.
Wspomniałem na samym początku o monochromatyczności tych wierszy. Teraz wypada mi zrewidować ten pogląd. Bo w pewnym momencie do światoobrazu wkracza barwa ożywająca widzenie. Sprawia ona, że przedmiot przeniknięty barwą się u-cieleśnia, co ma także przełożenie metafizyczne. Bo cielesność ustanawia także rodzaj komunii ze Stwórcą, odczuwającym tak, jak całe Jego stworzenie i przez to wzruszająco Mu bliskim.
Nie możemy tu również pominąć sięgania poetki do konwencji krajobrazowych, oraz całkiem niesłychanego spojrzenia na człowieczą cywilizację okiem kosmity.
Bez wątpienia to poezja starająca się o wysoką jakość. Gdy się w nią pilniej wczytamy, zauważymy, że i nas chciałaby otoczyć swoją czułością. Piotr Wiktor Lorkowski.





